Poprzedniego posta, ktory podsumowywal calkiem udany rok 2011, konczylem dosc retoryczna zadumka na temat roku nadchodzacego, czyli obecnego. Zadnych planow nie bylo i wciaz nie ma i wszystko wskazuje na to, ze ten rok raczej nie bedzie podobny do poprzednich i odkrywania swiata to tu nie bedzie. Stracilem zapal do podrozowania i pozbywania sie na ten cel oszczednosci. Kame zapal opuscil w jeszcze wiekszym stopniu. Pojawilo sie kilka ciekawych promocji, ale wymagalyby pewnej podrozniczej ekwilibrystyki i kombinowania z dolotem do punktu docelowego, ale stwierdzilem ze jestem juz na to za stary i po prostu, najzwyczajniej w swiecie, nie chce mi sie tak kombinowac, zeby zaoszczedzic sto czy dwiescie zlotych, nie chce mi sie spac na lotnisku, ganiac z torbami z lotniska do metra, do pocaigu, do busa. I nie chce mi sie tracic kilku dni na tych kombinacjach i laczonych lotach, zeby dotrzec do celu. A jeszcze niedawno wlasnie to uwazalam, za najciekawsze - przemieszczanie sie i bycie ciagle w ruchu. Z drugiej strony, jesli pomysle o wyjezdzie z biurem podorzy, to juz w ogole mi sie odechciewa jakiejkolwiek aktywnosci turystycznej. A co gorsza zaczalem sam siebie pytac "po co te wyjazdy?" Pojawila sie nawet mocno ciekawa opcja, na tani i komfortowy dolot do RPA. Ale za chwile pojawily sie pytania "po co?" I najgorsze, ze nie umialem sobie odpowiedziec... W glowie zabrzmialo "pojedziecie na kraniec Afryki, do niebezpiecznego kraju, bedziecie musieli uwazac w duzych miastach i jeszcze bedzie was to duzo kosztowalo". A rok temu ciarki po plecach chodzily gdy czekalem na wizyte w Detroit. Teraz absolutnie nie czuje zadnej ekscytacji na mysl o jakiejkolwiek wyprawie. Wiem, ze mozna by odwiedzic Afryke, Am. Ploudniowa, jest jeszcze kawal Azji. Ale po co? W jedyn miejscu nie usiedzimy, z biurem podrozy to nie dla mnie, a ganiac z bagazami jak ostatnio, to juz nie mam ochoty. Zepsulem sie. Ale niekoniecznie mam ochote sie "naprawiac". Nie czuje tego wolania z oddali. Nie chce mi sie. Zazwyczaj o tej porze byly juz plany, byly kupione bilety, przewodniki, w glowie dziesiatki pomyslow, jak zagospodarowac czas na miejscu. Planow nie ma. I prawde powiedziawszy nie wiem, kiedy tu znowu zajrze, bo nawet juz do pisania stracilem wene. Moze to zimowa depresja. Nie wiem. Over and out.
sobota, 28 stycznia 2012
czwartek, 29 grudnia 2011
Posumowaie Anno Domini 2011
Aktualnie powinnismy spacerowac ulicami Paryza, ale los chcial jednak inaczej. Coz, od dawna wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywaly, ze nie jest nam pisany ten wyjazd. Moze kiedys uda sie nadrobic, kiedy aura bedzie bardziej sprzyjajaca, a temperatura mojego ciala nie bedzie oscylowac w ok. 39 gradusow.
Jednak skoro powinienem dzis wieczorem zamiescic jakas krotka relacje spod Wiezy Eifflea, a uczynic tego nie moge, to postanowilem chociaz podsumowac ten rok. Zanim przejde do liczb, to musze powiedziec, ze nie byl zly, choc byl inny. Razem z Kama bylismy tylko na jednej powaznej wyprawie i niestety nie zachwycila, sklaniajac nas do glebszego przemyslania sensu takich dalekich i meczacych podrozy, gdy za podobne albo i mniejsze pieniadze mozna zobaczyc podobne widoki i nie spedzajac 12h w zamknietym blaszaku wypelnionym skompresowana mieszaka tlenu i azotu. Chyba 2012 rok przyniesie powazne zmiany w sposobie spedzania urlopu, tak aby mozna powiedziec, ze istotnie bylo sie na "urlopie" a nie karkolomnej wyprawie, po ktorej czlowiek potrebowalby jeszcze z tygodnia, zeby dojsc do siebie.
Aktualnie LOT kusi jeszcze jakimis cenami, a na dobra sprawe 2011 zaczal sie podrozniczo jeszcze w 2010, kiedy to pod koniec roku dostalem prezent od British Airways. Teraz jednak cwicze silna wole i podchodze bardziej rozumowo niz sercowo do tematu.
No wiec skoro juz o BA mowa, to w na ich pokladzie wybralem sie w marcu do Chicago, a nastepnie jeszcze odwiedzilem "upadle miasto" Detroit, w ktorym sie po prostu zakochalem i ktorego wolanie slysze codziennie. Potem niestety ja musialem poleciec na pare dni do Oslo, a Kama wybrala sie z bratem i kolezanka do Grecji. Wczesniej byla jeszcze na nartach w Chamonix. Czyli juz w pierwszym polroczu bylismy dwa razy osobno na wyjezdzie... W sierpniu nawiedzilism Barcelone, ktora podobala sie, i owszem, ale wyjazd ten utwierdzil nas w przekonaniu, ze nie warto marnowac kasy na Europe. Pozniej zaczelo sie dlugie wyczekiwanie na dlugi i wspolny wyjazd do Azji. Pierwszy raz przekroczylismy rownik i stanelismy na poludniowej polkuli. Ale tak sie nameczylismy, rozczarowalismy i tak nadwerezylismy portfele, ze stwierdzilismy ze ta Europa to chyba jednak nie taki glupi pomysl :) I ze moze jednak forma AllInclusive z biurem podrozy nie jest taka zla :) Zobaczymy jak to sie przelozy na realne decyzje.
A jak to wygladalo w statystykach... Troche lepiej niz w ubieglym roku.
Przelecialem 49 898 km podczas 16 lotow. Spedzilem 64h49m w powietrzu, okrazajac Ziemie 1,25 raza. Odbylem tez najdluzszy lot w "karierze" - z Londynu do Kuala Lumpur, czyli 12h25m i 10 616 km. A zarazem najkrotszy z Chicago do Detroit - 377km w 55 minut. Odwiedzlem 11 lotnisk, (az 8 razy bylem na (Heathrow) w tym az 8 nowych, lecialem 4 nowymi liniami lotniczymi.
No i to chyba tyle. Nie robie sobie zadnych planow i zalozen na 2012, bo roznie w zyciu moze sie ulozyc. Przestalo mnie tez krecic to jezdzenie, nie podiecam sie juz promocjami i najpierw daje glos rozumowi. Pozyjemy, zobaczymy.
wtorek, 29 listopada 2011
IndonAZJA 2011 - male podsumowanie
Dobrze wiecie, ze zachwyceni ta wyparawa nie bylismy i nadal zdanie podtrzymujemy. Nie sadze, zebysmy jeszcze kiedys postawili tam nasze krolewskie stopy. Ten kraj, naszym skromnym i subiektywnym jednakowoz zdaniem, nie jest wart ani wysilku ani pieniedzy. Ale to wszystko jest dosc wzgledne. Oczywiscie mozna zjechac ten archipelag za nieduze pieniadze, ale trzeba na to poswiecic kupe czasu i raczej w ramach przerwy w zyciu, a nie regularnego urlopu. Kiedy chce sie odpoczac, to mozna zapomniec o malych kosztach. Male koszty to male wygody, a gdy sie chce odpoczac, to jednak nie da sie spac w norze za 5-10 dolarow.
Niestety Indonezja zajmuje ogromny obszar, a warunki nie pozwalaja na szybkie przemieszczanie sie i to jest dosc spora bolaczka. Bo ani to szybko, ani wygodnie, ani niskim kosztem. W kwestiach transportu sa mocno zacofani i daleko im do wspolczesnosci, tak oczywistej dla Europejczyka. Jesli czytaliscie, to wiecie ze czasem zeszlo nam sie i 16h na nogach, zeby dostac sie z miejsca A do B. A to stanowczo za dlugo i zbyt meczace, zeby sie cieszyc z faktu, ze zobaczylo sie jakas tam swiatynie czy wulkan.
Ludziom zarzucic raczej nic nie mozna, ale tam gdzie jest islam, to ciezko czuc sie fajnie. Chociaz wroc, cos im mozna zarzucic. Sa strasznymi leniami i brudasami. Nie chce im sie pracowac, wszystko wykonuja w slamazarnym tempie, a poziom brudu na ulicach chyba przebill syf widziany w miastach Indii.
Nie bede podawal kwoty jaka wydalismy, ale bylo to stanowczo za duzo w odniesieniu do tego, co zobaczylismy i jak sie umeczylismy. Niestety to jeden z drozszych krajow Azji. Indonezja to nie Indochiny.
Jesli jednak komus przyszlaby do glowy wyprawa w ten rejon, majac do dyspozycji ok. 2 tygodni, to moglbym polecic jedynie wyprawe na Bali-Lombok-Gili. Bali ma wiecej kultury i historii niz Jawa, a jesli nie bedzie sie stacjonowac w Denpasar i przyleglosciach, to i tej komercjii sie nie zobaczy za wiele. Za to widoki i ceny zrekompensuja wszystko. Na bali jest i wulkan, mozna tez nurkowac. Lombok takze szczyci sie wysokim wulkanem, a na Gili mozna sobie odsapnac i nic nie robic calymi dniami. Jawa to moim zdaniem totalna porazka i nieporozumienie i nie warto tracic tam czasu. Majac wiecej czasu wart pewnie udac sie na Sumatre, Borneo czy tez Celebes, ale to naprawde trzeba miec czas i samozaparcie do dlugich i niekoniecznie komfortowych podrozy. I trzeba sie liczyc z tym, ze tam gdzie jest dzungla tam sa tez pijawki, malaria i nne przypadlosci. Wiec ciezko to nazwac wypoczynkiem.
Gdybym mial tak podsumowac, co naprawde nam sie podobalo to... nie stworzylbym duzej listy.
Borobudur, Prambanan, Bromo i Gili to za malo...
Jak juz wspominalem do Azji niepredko bedziemy sie wybierac. Moze sie starzejemy, a moze robimy sie po prostu wygodniccy, ale ten klimat jest zbyt ciezki do aktywnego wypoczynku. Owszem, kiedys jeszcze chcialbym zobaczyc Wietnam, Kambodze i Birme. Ale to kiedys. Teraz najbardziej mi sie marzy wyprawa do Ameryki Polnocnej. Chetnie odwiedzilbym ponownie Detroit i kolejne dwa najniebezpieczniejsze miasta USA - St. Louis i Nowy Orlean i dolozyl jeszcze Philadephie. Chetnie wpadlbym do Kanady, w rejon Nowej Anglii. Moze cos w Europie bysmy zobaczyli... Moze :) Mamy bilety do Paryza na sylwestra i dumamy, co z tym fantem zrobic. Ceny kwater bardzo odstraszaja, ale moze byc przeciez tak fajnie...
poniedziałek, 14 listopada 2011
Powroty, powroty, powroty...
13-14.11.2011 Kuala Lumpur – Londyn – Warszawa
Jak zwykle okazalo sie, ze hotel byl ladniejszy na zdjeciach niz w rzeczywiostosci. W pokoju panowal zaduch i dzwiny smrodek wilgoci. Pikanterii dodawal fakt, ze pokoje mozna bylo wynajmowac na godziny :) Jednak przywykli do azjatyckich stanardow hiegienicznych uznac mozna, ze bylo czysto. Od razu nastawilismy klime, wykapalismy sie, i postanowilismy spac.
Budzik zadzwonil po raz pierwszy o 9-ej, ale wiedzac ze nie musimy sie przesadnie spieszyc, pozwolilismy sobie jeszcze na godzine leniuchowania. Okazalo sie, ze jest ladna pogoda, wiec nie ociagalismy sie i poszlismy w miasto.
Na pierwszy ogien Petaling Street, czyli sam srodek Chinatown – bazar. Chyba najlepszy bazar w Azji :) Mozna tam kupic wszystko. No prawie, bo brak „lokalnych pamiatek”. Te mozna kupic tylko w Central Market, ale ceny tam sa totalnie z kosmosu. W ten zatem sposob nie mamy nic „pamiatkowego” z tej wyprawy, nic co by zasililo galerie kurzolapow Z trudem kupilismy jakies mageniski. Za to pod dostatkiem bylo ubran i wszelkiej galanterii, obuwia oraz innych dupersztyngli. Oczywiscie pomijajac wszystkie podroby, udalo sie Kamie cos kupic. Przy okazji zjedlismy sniadanie – lokalnie wypiekane ciastka, prosto na ulicy, kokosowe, orzechowe... Do tego swieze owoce, jak melony, mango, liczi etc... To wszystko czego tak brakowalo w Indonezji. Nie wiem, z czego to wynika, ale tam byly tylko zwiedle banany, jakies jablka a mango, o ile sie trafilo, to bylo zdechle i niejadalne. Kuriozum jakies. Na tyle na ile sie dalo, nadrobilismy zaleglosci w jedzeniu. Petaling Street zapelniala sie ludzmi, wiec uznalismy ze pora zaniesc nasze nabytki do hotelu i napic sie kawy. Niestety po drodze nie napotkalismy zadnej kawiarni, wiec skonczylo sie na mrozonej Nescafe z 7-Eleven.
Wykaplismy sie ponownie i poszlismy odwiedzic stare rewiry Na poczatek na Merdeka Square. Obojgu nam wydawalo sie, ze 3 lata temu byl on znacznie wiekszy, rozleglejszy. Dookola nas krazyla burza, zblizala sie coraz bardziej, wiec postanowilismy ruszyc w kierunku metra i pojechac do Surii, czyli centrum handlowego pod wiezami Petronas.
Jednak zahaczylismy jeszcze o, wspomniany wczesniej, Central Market. Krazac wsrod sklepow z drozyzna udalo nam sie trafic na prawdziwa okazje – cukiernie :) Mieli pyszne serniki i torty, mniej wiecej po 7 zlotych za kawalek, a do tego dawali najprawdziwsza kawe w gratisie. Porzadnie sie napchalismy i postanowilismy odnalezc widziane 3 lata temu „fish spa”. Jest to takie smieszne miejsce, gdzie stoja wielkie akwaria, wokol nich lawki, a w srodku sa rybki, ktore (wiem, ze to zabrzmi obrzydliwie) objadaja z nog martwy naskorek :) Postanowilismy sprobowac. Pierwsze wrazenie nie do opisania. Po pierwsze ciezko wlozyc nogi, bo nachodza czlowieka mysli o higiene... A poza tym jak tylko zblizasz stopy, to przy powierzchni pojawiaja sie dziesiatki klapiacych paszczy... Jednak trzeba bylo sprobowac, skoro zaplacilismy. Na poczatku czujesz laskotanie, okropne laskotanie. Myslalem, ze sie posikam ze smiechu. Kama rowniez. Lokalsi patrzyli na nas jak na idiotow. Jednak w koncu sie przyzywczailismy i kontunuowalismy terapie. Nie wiem, czy to cos dalo, ale bylo smiesznie i warto bylo sprobowac.
Jednak zahaczylismy jeszcze o, wspomniany wczesniej, Central Market. Krazac wsrod sklepow z drozyzna udalo nam sie trafic na prawdziwa okazje – cukiernie :) Mieli pyszne serniki i torty, mniej wiecej po 7 zlotych za kawalek, a do tego dawali najprawdziwsza kawe w gratisie. Porzadnie sie napchalismy i postanowilismy odnalezc widziane 3 lata temu „fish spa”. Jest to takie smieszne miejsce, gdzie stoja wielkie akwaria, wokol nich lawki, a w srodku sa rybki, ktore (wiem, ze to zabrzmi obrzydliwie) objadaja z nog martwy naskorek :) Postanowilismy sprobowac. Pierwsze wrazenie nie do opisania. Po pierwsze ciezko wlozyc nogi, bo nachodza czlowieka mysli o higiene... A poza tym jak tylko zblizasz stopy, to przy powierzchni pojawiaja sie dziesiatki klapiacych paszczy... Jednak trzeba bylo sprobowac, skoro zaplacilismy. Na poczatku czujesz laskotanie, okropne laskotanie. Myslalem, ze sie posikam ze smiechu. Kama rowniez. Lokalsi patrzyli na nas jak na idiotow. Jednak w koncu sie przyzywczailismy i kontunuowalismy terapie. Nie wiem, czy to cos dalo, ale bylo smiesznie i warto bylo sprobowac.
Potem, troche kluczac, poszlismy na stacje skytraina i ruszyslismy w kierunku Twin Towers. Oczywiscie przejechalismy stacje i musielismy sie cofnac. Znowu przeszlismy ten sam dobrze znany korytarz, wyszlismy ta sama klatka schodowa i znowu ukazaly sie one. Dumne, majestatyczne, nieskazitelne symbole miasta i kraju. Znowu nie moglismy sie oprzec pokusie robienia zdjec, mimo ze aura nie sprzyjala.
Czas nas gonil, ale musielismy przynajmniej sprobowac polazic po sklepach. W sumie to nie ielismy tez nic lepszego do roboty w czasie, ktory nam pozostal. Wiekszosc sklepow tam jednak nie na nasza kieszen – Gucci, LV, Channel itp... Na szczescie byly tez Zara, GAP, TopShop, czyli cos dla ludu. Ale globalizacja sprawia, ze wszedzie jest to samo, wiec szybko stamtad wyszlismy. Zrobilismy rundke wokol parku z drugiej strony wiez i ruszyslismy w droge powrotna. Udalo nam sie zalapac na darmowe bilety i gdy stalismy przy kasie uslyszelismy ojczysty jezyk. Kama stwierdzila, ze skads zna tego goscia i podeszla zgadac. Po chwili konsternacji i zgadywania okazalo sie, ze kiedys koles pracowal w firmie, dla ktorej tez pracowala Kamila. Oczywiscie zaczela sie rozmowa, a my juz na dobra sprawe powinnismy byc w kolejce. Ale jechali w te sama strone co my, wiec kontynuowalismy w wagoniku. Rozstalismy sie na stacji Masjid Jamek, oni poszli w prawo, my w lewo.
Wpadlismy do hotelu, szybki prysznic, pakowanie, upychanie i juz byla 19-ta. Na szczescie wczesniej poszlismy na dworzec kupic bilety. I cale szczescie, bo teraz mielismy czas i wiedzielismy, ze ten konkretny autobus nie odjezdza z terminalu, tylko z przystanku prawie pod naszym hotelem. Niestety nie udalo mi sie zrobic check-inu na lot do Warszawy, co wprowadzilo mnie w pewien stres. Uspokajalem sie jednak, ze uda mi sie to na lotnisku. Dotarlismy na nie po godzinie jazdy, bezproblemowe nadalismy bagaze i poszlismy sie poszwedac. Lotnisko KLIA robi bardzo fajne wrazenie. Jest duze, ale ciche, nie ma tloku, duzo stanowisk odprawy. Sa sklepy i gastronomia. Z glownego terminala odjezdza sie kolejka do terminali satelickich. My odlatywalismy z 3-ki. Tam jest nawet ogrod z „dzungla”, wiec nie omieszkalismy wejsc by po raz ostatni pooddychac tropikalnym dusznym powietrzem. Pozniej kolej na sklepy, ale patrzac na ceny stwierdzilismy, ze ich Allah opuscil, bo bylo drozej niz w Polsce. Ja wczesniej wciagnalem zarcie w McDonald’s a teraz zglodniala Kamila, wiec popedzilismy do Burger Kinga. Obsluga sie slimaczyla i nawet nie zauwazylismy, ze jest juz ledwo ponad kwadrans do odlotu. Kama jadla w pospiechu, ja probowalem za posrednictwem WiFi zrobic ten cholerny check-in, ale siec dzialala wyjatkowo mizernie. Gdy juz wypelnilem wszystkie pola i kliknalem zakoncz, to ukazal sie mym oczom komunikat „connection time out”. Teraz to dopiero mialem stresa. Na przesiadke tylko 3h, trzeba odebrac bagaze, zmienic terminale, nadac bagaze i jeszcze zrobic zakupy. Ale najbardziej martwilo mnie to, ze nie bylismy odprawieni. Wiadomo, ze linie sprzedaja wiecej biletow, niz jest miejsc w samolocie i spoznialscy czesto odchodza z kwitkiem. Zakladajac, ze moze byc opozonienie moglismy miec powazne problemy z powrotem z Londynu do Wawy. To znaczy zalapalibysmy sie na kolejny lot, ale musielibysmy kupic bilety za ogromna kwote.
No wiec Kama jakos dokonczyla hamburgera, frytki przepuscila przez rentgena i w koncu zajelismy miejsca w samolocie. Po raz kolejny musze tu powiedziec, ze nie mam bladego pojecia z jakiej racji Malaysia Airlines ma te 5 gwiazdek. Znowu jakis stary samolot. Brudny i zapuszczony jak azjatycki pociag. Na domiar zlego azjatyckie pociagi oferuja wiecej miejsca niz ten 5-gwazdkowy samolot. Znowu odlazily jakies kawalki wykladziny, pod sufitem sterczal jakis kawal plastiku, ekraniki video nie pozwalaly nic ogladac. Masakra. A poczatkowo wewnetrzny system informacyjny cos wariowal, bo mowil ze bedziemy leciec ponad 14 h i w Londynie wyladujemy dopiero o 6:30. A mielismy juz polgodzinne opoznienie. Oczami wyobrazni widzialem, jak kupujemy bilety LHR-WAW po 2,5 tysiaca za osobe.
W koncu jednak system sie uspokoil i pokazywal prawdziwe dane. Mielismy wyladowac o 5:20. Sam lot prebiegal gladko, ale to nie zasluga tych kiepskich linii lotniczych. Po prostu mielismy wiatr w nos, a wtedy nie trzesie. Niebo bylo czyste, choc na zachodzie widac bylo szalejaca burze i co chwile rozblyskaly w oddali wielkie pioruny. Dali papu, piciu, zgasili swiatla, podkrecili temperature i ograniczyli tlen, zeby ludziska popadali jak muchy. Udalo sie przekimac moze jakies 6-7h, choc snem bym tego nie nazwal. Jakas drzemka, letarg, zawieszenie, moze to medytacja...
Przyziemilismy z hukiem o 5:15, do gejtu podkolowalismy ok 10 minut pozniej i popedzilismy po bagaze. Pojawilo sie pare toreb i pozniej nic. Nic. Nic. Wciaz nic. Czas lecial, uciekal i wciaz nic. Za chwile pojawil sie jais mechanik, bo okazalo sie, ze zaciela sie tasma. Koniec koncow udalo sie to uruchomic, ale mielismy dobre 20 minut w plecy. Na szczescie odgrzebalem w ajfonie maila, w ktorym byla informacja, ze do Wawy odlatujemy z terminala 3, wiec wiedzielismy gdzie isc dalej. Gdy w koncu pojawily sie nasze bagaze, jako jedne z ostatnich, ruszyslimy przed siebie do podziemnej kolejki. Gdy wysiedlismy na wlasciwym terminalu przywital nas chlodne powietrze i ciemnosci. Dla wewnetrznego zegara biologicznego zblizala sie pora lunchu, a tu czarno i zimno. Doczlapalismy do stanowisk odprawy i udalo sie, chocz miejsc bylo niewiele i siedzimy oddzielnie. Ale lepsze to niz nie zdazyc w ogole. Zrobilismy jakies zakupy, wypilismy kawe w Starbucksie (czemu w Londynie ona jest taka niedobra?) i ruszyslimy do gejtu, zeby choc raz dotrzec w to miejsce na czas. Ale cwaniaczki, zeby sobie ulatwic zycie, wyswietlili komunikat, ze juz zamykaja boarding wiec rzucilismy sie pedem. Calkiem niepotrzebnie.
Lecimy juz nad Niemcami, chyba nad Berlinem. Trzesie. Nie wiem, czemu ale nad Niemcami zawsze trzesie. Nie ma tu zadnych gor, niebo jest czyste, lecimy wysoko ponad chmurami. Nie mowie tu o powaznych turbulencjach, ale przez spory odcinek, to jakby furmanka po bruku. Malo komfortowe uczucie. W Warszawie powinnismy byc ok 11:45. Chcialo by sie od razu pojechac do domu, ale trzeba jeszcze zalatwic sprawe walizki, bo znowu ktos gdzies ja rozwalil. Dopiero co ja dostalismy w ramach uszkodzenia poprzedniej. Troche sie z tym pewnie zejdzie. Ale do domu jest juz tak blisko :) Wyczekujemy juz momentu przekroczenia progu mieszkania. Przegladalismy wczoraj zdjeciac na ajfonie Kamili i stwierdzilismy jednak, ze mielismy zajebisty urlop. Ale mimo wszystko zbyt meczacy. Za duzo czasu, sily i energii stracilismy na przemieszczanie sie z punktu A do B. W domu jest najepiej. Lepiej niz w Azji. Nastepnym razem pojedziemy w bardziej cywilizowane miejsce, na pewno nie tak odlegle, lepiej zorgannizowane i poukladane. A moze po prostu z biurem podrozy na jakies all inclusive i juz. Wiem, ze juz sie odgrazalem, ze nigdy wiecej tam i tam... Zobaczymy jak to wyjdzie, ale naprawde natura podroznika ustepuje naturze leniwego turysty "pakietowego". Moze kompromisem bedzie raz na dziko a raz wygodnie...
A teraz jestesmy juz w domu i walczymy z sennoscia. Oby jakos dotrwac do wieczora, a pozniej trzeba bedzie przejsc zmudny proces aklimatyzacji i przestawiania wewnetrznego zegara.
A teraz jestesmy juz w domu i walczymy z sennoscia. Oby jakos dotrwac do wieczora, a pozniej trzeba bedzie przejsc zmudny proces aklimatyzacji i przestawiania wewnetrznego zegara.
sobota, 12 listopada 2011
Kolko sie zamyka, czyli jestesmy z powrotem w Kuala
12.11.2011 – Gili Trawangan – Denpassar - Kuala Lumpur
Gdy tylko oderwalismy sie od pasa na lotnisku w Denpassar i zobaczylem oddalajace sie swiatla miasta, poczulem wielka ulge. Poza Gili nie bylo tu nic, do czego moglibysmy tesknic... Ale po kolei.
Wstalismy wczesnie, przed 9-ta. Ja nie moglem usnac. Dosc dlugo wczoraj sie snulismy po wyspie. Poszlismy najpierw do „kina”, ale piracka kopia byl tak piracka, ze ledwo dalo sie ogladac ten film. Pozniej poszlismy do Tir Na Nog z nadzieja, ze bedzie impreza. Nie bylo. Poszlismy wiec na szisze. Byla przyzwoita i mielismy miejsce w pierwszy rzedzie od morza. Niestety dolaczone do niej drinki nie wiedzialy, co to znaczy byc dobrym drinkiem. Jeszcze raz poszlismy do Tir Na Nog i wciaz nic. W pubie Rudy’s trwala dyskoteka, ale przy takiej muzyce bawic sie nie umiemy. I ta muzyka nie dala mi pozniej spac. Trzeba to uczciwie powiedziec – nasz domek byl bardzo fajny, ale niestety za blisko rozrywkowych miejsc. I rzadko w nim bywalismy.
No wiec wstalismy rano, spakowalismy sie i poszlismy na sniadanie. Kama odebrala swoja licencje, ja uregulowalem rachunki, z czym nie bylo tak prosto. Nie wiem, jaka logika sie kieruja, ale mi sie wydaje, ze powinni uzyc innego kursu przy przeliczaniu z USD na Rupie. Wyszlo na nasza korzysc. Kamila poszla jeszcze poplywac przy plazy, popatrzec na rybki i juz trzeba bylo sie zbierac. Zrobilo nam sie smutno. Serio. Troche przed poludniem, z lekkim opoznieniem, wskoczylismy na poklad naszej motorowki, ktora byla wyladowana Polakami :) Troche dziwne towarzystwo, ludzi od 30 do 40-ki, ktore za najlepszy benefit przebywania na wyspekach uznalo mozliwosc „pojarania sobie na luzie”. Poplynelismy na Lombok, gdzie zlapal nas lekki deszcz, a pozniej juz prosto do Padang Bai na Bali. Rozpogodzilo sie i zasiedlismy na gornym pokladzie. Miejscami fale byly tak duze, ze siedzac na „beczce” z szalupa ratunokwa mialem wrazenie, ze ujezdzam byka. Slonce prazylo, mielismy fajne widoki i nawet sie nie zorientowalismy, kiedy dosc konkretnie sie strzaskalismy. Kama na heban... Ja troche na buraka.
W koncu dobilismy do brzegu i przenieslismy sie do mini vana. Ruszyslismy na lotnisko w Denpassar dzieki czemu mielismy mozliwosc obejrzenia, choc troche, tej wyspy. Spodobala nam sie. Naprawde przez te poltorej godziny jazdy widzielismy piekniejsze widoki i wiecej sladow kultury, sztuki i religii niz na Jawie. Gdyby ktos mnie zapytal jak zagospodarowac dwa/dwa i pol tygodnia, to bym zarekomendowal trase: Bali – Gili – Lombok – Komodo – Flores. Jawe mozna sobie raczej odpuscic. No a najlepiej to miec co najmniej miesiac i wtedy sobie na luzie wiecej zobaczyc.
Mimo sporego ruchu na lotnisku bylismy ok. 15:30. Niestety zapowiedzi z przewodnika, jakoby w 2010 mialo zostac ono zmodernizowane, okazaly sie plonne. Wciaz stal stary i niezbyt okazaly terminal. Chcielismy zalapac sie na wczesniejszy lot, ktory oszczedzilby nam prawie 3-h oczekiwania, jednak AirAsia miala jakis problem z systemem informatycznym i nie mogli sprawdzic, czy sa miejsca. Szkoda. Musielismy kiblowac a to nas wcale nie cieszylo i z godziny na godzine czulismy sie coraz slabiej psychicznie. W tej calej wyprawie najgorsze byly i wciaz sa te ciagnace sie w nieskonczonosc transfery z miejsca na miejsce. Jeszcze sie troche pokrecilismy na zewnatrz i w koncu nadeszla pora naszej odprawy. Oddalismy bagaze, odebralismy karty pokladowe i poszlismy do gejtu, Jednak w miedzyczasie spotkala nas niemila niespodzianka. Okazalo sie, ze tu znowu pobierana jest oplata, ale inna „airport service tax” i to w niemalej kwocie, bo 150 tys od lebka. Ciekawe za co to? Kazda linia ma swoje stanowiska, w cene bilety wliczone sa jakies podatki i oplaty, a tu jeszcze kosza kasiore za niewiadomo co. Szkoda, ze nikt o tym wczesniej nie wspomina. Szkoda, ze „biblia” czyli Lonely Planet o tym nie wspomina. A gdyby tak ktos splukal sie do cna? Zgubil albo zniszczyl karte? Ciekawe jakby sie wydostal...? Wkurwienie siegnelo zenitu. Musialem po raz kolejny wyjsc z lotniska, pojsc do bankomatu (na szczescie mielismy jeszcze kase na koncie), ponownie przejsc wstepna kontrole bezpieczenstwa (ciekawe po co to, skoro pozniej jeszcze jest jedna...). Nie lubimy gdy robi sie nas w wala i zdziera kase za nic. Za te oplate nie nalezalo sie nam nic. Lotnisko bylo tak zapyziale, ze nawet nie bylo kontaktow, zeby podladowac telefon czy laptopa. A po korytarzu ganialy karaluchy. Okropna ta infrastruktura w Indonezji. Lotnisko w Kuala Lumpur to XXII wiek wrecz, a tu na kazdym to jakies poczatki XIX wieku.
No niewazne... Lecimy juz do Kuala, jeszcze tylko 2-3h i bedziemy w hotelu. Wykapiemy sie, wyspimy, zregenerujemy przed ostatnim odcinkiem podrozy: KUL – LHR – WAW. Jutro na spokojnie odwiedzimy znane juz nam Petronas Towers, pozniej zajdziemy na Plac Merdeka. Pojdziemy na zakupy i jedzenie do Chinatown. Moze tam sie uda kupic jakies „suweniry”, bo do tej pory to zalosc sciskala za tylki. Nie kupilismy nawet magnesow, a zawsze przywozilismy je z podrozy. W Yogyakaracie jeszcze na upartego cos z „kurzolapow” mozna bylo ustrzelic. Stwierdzilismy jednak, ze im dalej w kraj, tym latwiej bedzie kupic cos mnie masowego, a bardziej oryginalnego. Jakze sie mylilismy! Kazdy kolejny przystanek, to byl coraz wiekszy i drozszy chlam. To byla taka tandeta, ze az wstyd kupowac i przywozic. Kamila robila zdjecia, zeby udokumentowac prawdziwe przyczyny braku podarkow :(
Tak, lecimy juz... Na poczatku napisalem, ze poczulem ulge. To jeszcze nie czas na podsumowanie, ale Indonezja bardzo rozczarowala. Miala byc cudna, miala byc lepsza niz Indie, a okazala sie mocno przecietna i bardzo komercyjna. Zapewne wybralismy zla trase. Coz, zdarza sie. Ale wydac pare klockow, zeby sie w glownej mierze umeczyc... Bez sensu. Poza tymi piecioma dniami i kursem Kamy na Gili, poza Bromo, Prambanan i Borobodurem reszta byla nijaka. I te koszmarne przejazdy. Bylismy juz cztery razy w Azji, odwiedzilismy Singapur, Kuala Lumpur, Tajlandie, Chiny, Makau, Hong Kong, Indie i teraz Indonezje i musze powiedziec, ze najlepiej w tym zestawieniu wypada Tajlandia. Zaraz potem Indie. Ale Tajlandia jest troche blizej, ale jest sporo tansza i oferuje duzo wiecej. Sa gory, sa plaze i wyspy, jest nieobliczalny Bangkok. Jest relaks, odpoczynek, jest historia, jest kultura, jest religia. I jest normalnie. Kraje muzulmanskie nie sa normalne... Buddyzm i hinduizm w Azji to gwarant ciekawego urlopu. Islam ze swoim szariatem niekoniecznie.
Lecimy i zalujemy tylko Gili. Gdybyscie zobaczyli mine Kamili... Ale tylko Gili. Reszty chyba wspominac wybitnie nie bedziemy. Lecimy z postanowieniem, ze to ostatnia taka wyprawa. Przynajmniej na najblizsze pare lat. To jest zbyt meczace, kiedy ma sie do dyspozycji tak malo czasu. I naklady finansowe nie sa wspolmierne, do osiagnietych celow. Gdy na codzien ciezko sie tyra, to jednak podczas urlopu potrzeba czegos innego. Wiem, ze ostatnio zarzekalem sie, ze Europa to na stare lata. Musze to odszczekac. Europa tak, ale w bardziej przemyslany sposob. Tak, zeby sie nie umeczyc, a odpoczac. W zasiegu 3-4 h lotu mamy basen Morza Srodziemnego, Kanary, Skandynawie. A koszty, nawet na Polnocy, beda podobne. No i przydaoby sie jednak jezdzic w wiekszym gronie, zeby moc otworzyc paszcze do kogos innego :) Poza tym pora na inne wyzwania w zyciu. Jako podroznicy juz sie sprawdzilismy i wiemy, ze jestesmy w miare dobrymi organizatorami. Teraz trzeba sie sprawdzic, jak sie organizujemy w zyciu :)
No tak, lecimy. Jeszcze z poltorej godziny i znowu bedziemy na polnocnej polkoli. Juz zapomnialem, jak sie cieszylem, gdy dwa tygodnie temu przekraczalismy rownik w przeciwnym kierunku. Oby tylko szybko trafic do hotelu i do lozka.
Juz jestesmy w hotelu, idziemy spac. Dobranoc.
piątek, 11 listopada 2011
Zycie na wyspie
9-11.11.11 – Gili Trawangan
WOLNO DZIALA NET -> Reszta zdjec bedzie jutro
Czas leci powoli na tej malej wyspie lezacej w obrebie Oceanu Indyjskiego, zycie toczy sie innym tempem. Nikt sie nie spieszy. Tylko ja sie nie umiem jakos wyluzowac. Chyba sie zepsulem i nie nadaje sie juz na takie wyjazdy. Smutne ale chyba prawdziwe. Jestesmy tu juz czwarty dzien, a ja najchetniej bym juz wrocil, albo przynajmniej pojechal w inne miejsce. Jednak raczej chyba bym wrocil. Moze to oznaka „starzenia sie”, ale coraz mocniej potrzebuje stablizacji i meczy mnie takie zycie z dnia na dzien, nawet jesli trwa to 2-3 tygodnie. Bo na pewno nie jest to kwestia patriotyzmu i tesknoty za ojczyzna ;)
No wiec ten czas leci powoli. Przynajmniej dla mnie. Kama jest w trakcie kursu nurkowego i idzie jej coraz lepiej, przezwyciezyla pierwsze stresy i za kazdym razem wynurza sie usmiechnieta i opowiada, co widziala – a to rekina, a to zolwie, tu osmiornice, tam lawice innych ryb, a tu koralowca. Ciesze sie, ze ma z tego frajde :) Akurat poszla zdawac egzamin. Zostalo jej jedno nurkowanie dzis i jedno jutro. I bedzie miala licencje. A ja zbijam baki. Leze calymi dniami i czytam ksiazki, gazety, ale juz mi sie to nudzi. Plywam z Kama na nurkowanie, tyle ze ja zostaje na pokladzie i troche sie opalam. Nie umiem sobie odpoczywac, bo mam jakies wewnetrzne poczucie, ze trzeba cos robic. Taka bezczynnosc bardziej mnie meczy. Patrze sobie na tych instruktorow i nie wiem, czy dalbym rade. Oni poza dwoma nurkowaniami dziennie i jakimis zajeciami z „uczniami” nie maja tu nic do roboty. Wieczorem troche pobaluja. I tak dzien w dzien. Fredrik, instruktor Kamy siedzi tu juz poltora roku i ma zmiar popracowac w tym miejscu jeszcze pol. A pozniej to zobaczy... Jeszcze pare miesiecy temu bylbym gotow rzucic polskie zycie i ruszyc przed siebie. Ale cos mi sie z glowa zepsulo i nie dalbym rady teraz...
Wczoraj byla sroda i poza nurkowaniem Kamy to nic wiecej sie nie dzialo. No moze poza tym, ze sie strasznie czyms strulem. Jadlem tam gdzie do tej pory, czyli w lokalnym warungu. Jaedza w nim tez nasi isntrutorzy. Nie wiem, jakim cudem mi zaszkodzilo, ale myslalem, ze padne. Oszczedze szczegolow, ale bylo na tyle zle, ze zdecydowalem sie wziac antybiotyk, bo wygladalo to naprawde powaznie. W pewnym momencie myslalem, ze za chwile wyskoczy mi zoladek... Dlatego dzis dieta. Na sniadanie suche bagietki i jakies herbatniki. Nie wiem, co z obiadem bo robie sie glodny, a nie ma tu zbyt wielu opcji... Sie zobaczy, idziemy poszukac. Pozniej pewnie znowu sie posnujemy. Wczoraj byly imprezy, ale niestety przez moje problemy gastryczne nie bylem w stanie sie bawic. Troche przez to siadly nastroje, bo jak byla okazja do zabawy, to ja padlem w objecia muszli.
Ale na pocieszenie, po poniedzialkowym deszczu nie ma sladu. Cieszymy sie ladna pogoda. Powinna sie utrzymac jeszcze do soboty. Akurat jutro Kama ma ostatnie zejscie pod wode, a w sobote plyniemy na Bali, wiec w obu przypadkach przydaloby sie slonce. Ostatniego dnia naszej wycieczki, w Kuala, ma byc juz niestety mniej pogodnie. Zobaczymy, bo prognoza, jak wskazuje definicja, to tylko prognoza. Zostaje nam jeszcze jeden pelen dzien na wyspie, a pozniej transfer na polwysep malajski
I dobilismy do konca naszego pobytu na wyspie. Powoli zbieramy sie do dlugiego powrotu. Czas zlecial nam tu szybko, bo po pierwsze, wszystko co dobre szybko sie konczy, a po drugie mielismy wyraznie wyznaczony rytm dzieki kursowi Kamy. Dzis nurkowala ostatni ostatni raz, niestety rekinow nie widziala, ale za to duzo innych ryb i jej ukochane zolwie. Odebrala tez swoja licencje i nastepnym razem moze juz po prostu nurkowac, ale z kims o wyzszym „stopniu”. Niemniej i tak jestem z niej dumny :) I bardzo sie ciesze, ze zrobil ten kurs, bo sprawil ze i dla niej te wakacje mialy sens.
Pozniej poszlismy obejrzec zachod slonca i zaraz idziemy na krewetki z grilla, pozniej film w „kinie” i pewnie na impreze. Choc Kama nie jest dzis w nastroju i nie wiem, jak to bedzie. Nie chce jej sie wyjezdzac. Zawsze zle znosi koniec urlopu i powroty. Ja w sumie, niestety, ciesze sie ze wracamy. Chociaz zdazylem juz tu sie troche przyzwyczaic i powoli lapie ten powolny rytm. Ale kazda podroz ma swoj koniec i wszedzie jest dobrze, ale w domu najlepiej.
Chociaz wiele bym dal, zebysmy nie musieli wracac tak na raty i tak dlugo. Jutro ostatni z tak parszywych dni, bo caly czas w podrozy. Na szczescie pierwsza czesc, to speed boatem po morzu. Pozniej minibusem na lotnisko, znowu czekanie na pewnie opozniony samolot. W Kuala Lumpur bedziemy ok 22:30, a do hotelu dotrzemy pewnie po polnocy. Niedziele spedzimy na zakupach i spokojnym walesaniu sie po miescie. A wieczorem... Wieczorem koniec kolejnej przygody. Troche szkoda...
wtorek, 8 listopada 2011
Slodkie lenistwo
7-8/11/2011 – Gili Trawangan
Obudzilismy sie ok. 8:30, mimo ze budzik byl nastawiony na godzine pozniej. Moze mi sie snilo, a moze zdarzylo sie to naprawde, ale mam wrazenie, ze o czwartej obudzilem sie, gdy muzzein zaczal sie wydzierac przez glosniku pobliskiego meczetu. Gdy pierwszy raz, w Stambule, tego doswiadczylem, to mialo pewna mistyczna aure. W Damaszku tez mi sie to podobalo. Ale teraz mam juz tego dosc, bo to naprawde irytujaca sprawa. No ale nie bede poruszal tematow religii.
Niestety za oknem bylo ponuro i cos tam mzylo. Kama miala bardzo ponura mine. Chcialem jeszcze pospac, ale troche przeszkadzal mi terkot generatora pradu. W koncu i ja zebralem sie z lozka i poszlismy na sniadanie. Oczywiscie wczesniej bioraz prysznic. A wlasnie, nasz domek wyglada tak (troche sie rozni od tego na Goa)
Osrodek byl dosc wyludniony, za to spory ruch na promenadzie. Sniadanie okazalo sie bardzo smaczne. Kama wziela musli z jogurtem, a ja jajecznice na bekonie i bagietke i do tego porzadna kawa. Poczulismy, ze zoladki pracuja inaczej juz w trakcie jedzenia ;)
Niestety kropilo nadal, ale nie zrazilo nas to do spaceru. Mielismy sie rozejrzec w najblizszej okolicy a skonczylo sie na obejsciu w kolo calej wyspy. Zajelo na to ok. poltorej godziny. W najdluzszym miejscu ma cos ok. 1,5 kilometra, a szeroka jest moze na maks 1 kilometr. Niestety w trakcie spaceru deszcz przybieral na sile i zaczelo porzadnie lac. Parasol niewiele pomogl i do domku wrocilismy mokrzy. No przynajmniej ja, bo szedlem od zawietrznej. Ale byl to cieply deszcz, wiec mozna bylo spokojnie sie wykapac w naszej otwartej lazience. Super sprawa.
Troche sie ogarnelismy i poszlismy zalatwic sprawe kursu nurkowego dla Kamy. Przydzielili jej dive mastera, Frederika ze Szwecji, dostala podrecznik i poszlismy ogladacjkaies filmy. Towarzyszylem jej, zeby nie byla taka osamotniona, a przy okazji cos tam sie sam nauczylem. W miedzyczasie zaczelo sie wypogadzac.
Na 19-ta poszlismy do „kina”. Na porzadku dziennym jest tu wyswietlanie pirackich filmow. Skoro na lotnisku mozna oficjalnie kupic podroby duzych brandow... Zamowilismy drinka i rozlozylismy sie na poduchach na podlodze. Jakos video i audio byla slaba, ale przynajmniej obejrzelismy film, ktorego w Polsce raczej bysmy nie wzieli pod uwage.
Po filmie wrocilismy na lokalny market, gdzie po zmroku rozstawili swoje warungi lokalni rybacy. Kama miala ochote na grillowana kukurydze, ale ja skusilem sie na swiezego tunczyka z rusztu. Cala ryba, plus ryz i warzywa, oraz piwo kosztowaly ok. 22 zeta, z czego najdrozsze bylo piwo.
Ryba byla smaczna i docenily to nawet lokalne koty, ktore podkarmiala Kama. Pozniej poszlismy na drinka do najslawniejszego na wyspie pubu – irlandzkiego Tir Na Nog. Okazalo sie, ze maja WiFi, wiec zamowilismy drinki i odpalilismy ajfony :) Troche sie jeszcze pozniej pokrecilismy, znalezlismy inne, lepsze kino. Wrocilismy do chatki, zgasilismy swiatlo i postanowilismy spac.
Jednak ciezko sie spalo bez klimy, tylko z otwartymi drzwiami. To byl nasz wybor oczywiscie. Ale jednak odpalilismy klimatyzator i dopiero dalo sie spac. Wstalismy ok. 9-tej, poszlismy na sniadanie, po ktorym Kama rozpoczela praktyczna czesc swojego kursu – zajecia w basenie z akwalungiem.
Dzis od rana byla piekna pogoda. Temperatura ok 35 stopni, z nieba lal sie zar, wiatru praktycznie nie bylo, wiec odczuwalna to raczej ponad 40 stopni. Ja mimo, ze tylko lezalem i czytalem ksiazke bylem caly mokry. Kama przeplatala studiowanie podrecznika z plywaniem. Wystarczy zejsc z plazy i po 3-4 metrach zaczyna sie rafa i podwodne zycie.
No i tak sobie dzien leniwie mijal, w miedzyczasie nadciagnely chmury, ale na szczescie nie padalo. Zaraz Kama idzie znowu ogladac jakies filmy szkoleniowe, a pozniej idziemy na kolacje i moze do tego drugiego kina, zeby obejrzec kolejny glupkowaty film :) Skonczymy pewnie znowu w Tir Na Nog, zeby sie zalogowac do Sieci. Trzeba poza Fejsem ogarnac tez jakies przelewy i inne maile...
No i to tyle. Tak jak pisalem wczesniej, niewiele bedzie tu rzeczy do opisywania. Jutro Kama konczy trening w basenie i bedzie juz nurkowac z grupa. Moze wybiore sie z nia i potowarzysze chociaz na lodzi. Cos tam pewnie jeszcze skrobne, ale bez szalenstw. Raczej predzej wrzuce jakies zdjecie na Fejsa...
poniedziałek, 7 listopada 2011
Znowu w drodze
6/11/2011 – Cemorolawang/Surabaya/Mataram/Trawangan
Czekal nas ciezki dzien, chyba jeden z ciezszych do tej pory, bo oznaczal ze bedziemy caly czas sie przemieszczac. A wiemy juz, ze tutaj nie jest to prosta sprawa. Majac w glowie informacje na temat czasu prrzejazdow i wciaz lekko obawiajac sie przesiadki w Probolinggo.
Postanowilismy postarac sie ruszyc po sniadaniu, czyli ok. 8:30. Poszedlem do recepcji poinformowac, ze wyjezdzamy i ze przekazalem klucz chlopakowi od sprzatania. Wtedy recepcjonista zapytal, czy mamy transport na dol i zaproponowal, ze mozemy skorzystac z jego busa, za 30 tysiecy. Bardzo dobra oferta! Powaznie sie obawialem, ze bedziemy mieli problem z wyjechaniem z tej wioski i bedziemy w stresie pedzic na lotnisko. A tak mielismy jeszcze godzine, zeby spokojnie dokonczyc sniadanie, najesc sie na zapas. Co prawda ciezko najesc sie ryzem i tostami, ale nie bylem w stanie przelknac juz smazonego... Pozniej zaladowano nasze bagaze na dach i ruszylismy. Po drodze zgarnelismy jeszcze kilka osob, ktore jechaly na Ijen.
Dochodzilo poludnie i dojezdzalismy do Probolinggo, a nasz kierowca udawal, ze nie wie ze ma nas tu wysadzic. Chcial nas zawiezc do „agenta”. Dopiero jak na niego huknalem, to sie usmiechnal i zatrzymal. Uwazajac i opedzajac sie od naciagaczy dotarlismy pod autobusy. Niestety wygodne i klimatyzowane odjezdzaly sprzed dworca, ale oznaczalo to zapewne uzeranie sie w sprawie ceny. Dlatego skorzystalismy z busa publicznego. Gdy tylko do niego wsiedlismy ja pozalowalem naszej decyzji. Panowal w srodku piekielny upal, a spora czesc pasazerow palila. Na szczescie gdy ruszylismy to ped powietrza troche chlodzil wnetre autbusu. Bilet mial kosztowac, wedel wywieszonego na szybie cennika, 12 tys, ale „konduktor” raczyl skasowac nas na 15 tys. Roznica prawie rzadna, ale czemu ciagle nacinaja przybyszow na dodatkowe i niewyjasnione koszty? Nie bylo przewidzianych atrkacji w postacie filmow czy muzyki, ale po drodze trafiali sie rozni cudacy. Od sprzedawcow orzeszkow i zabawek, po uposledzonych, ktorzy z pomoca dzwonkow i wlasnego falszujacego spiewu probowali zbierac datki
Nie wiem, jak to sie stalo, ale do Surabaji dojechalismy w dwie godziny, zamiast zapowiadanych trzech, a przy odrobinie pecha, to nawet czterech. Oznaczalo to, ze bedziemy musieli dluzej kiblowac na lotnisku. Przesiedlismy sie w bus zwany „damri” i pojechalismy na lotnisko. Mimo, ze to trzeci port lotniczy w Indonezji, po Jakarcie i Jogjakarcie, to prezentowal sie raczej mizernie. Nestety terminal miedzynarodowy byl oddzielony od krajowego, co oznaczalo ze nie kupimy zadnego alkoholu... A chcielismy miec wlasna flaszke ginu do drinkow.
Troche sie pokrecilismy, zjedlismy jakies paczki z Dunkin Donuts, wypilsmy kawe i jeszcze kombinowalismy jak tu zabic czas. W koncu dotrwalismy do 16-tej i poszismy sie odprawic. Tu czekala kolejna niespodzianka – podatek lotniskowy. Mimo, ze na bilecie widniala taka pozycja jak „podatek” i odpowiadala wysokoscia temu, ktory musielismy wlasnie zaplacic, to nikt nie potrafil wytlumaczyc, czzemu placimy to dwa razy. Paranoja. Wkurwienie siegalo zenitu. Kolejny punkcik przeciw kolejnym wyprawom do Azji. Przynajmniej tej poludniowo wschodniej. Tu niczego nie mozna byc pewnym, wszzystko podlega ciaglym zmianom i widzimisie osob, z ktorymi wlasnie cos zalatwiasz. Ponadto bialy czlowiek, to wciaz chodzacy worek z pieniedzmi, wiec czemu go nie oskubac... Coz, musielismy zaplacic i poszlismy w ierunku gateow. O dziwo nikt nas nie sprawdzal, gdy wchodzilismy do hali odlotow, co oznacza ze wejsc tam moze kazdy i narozrabiac ile mu sie podoba. Oczywiscie nie byl dostepny, w koncu to muzulmanski kraj. Jedynie dostepne jest piwo, ale kosztuje dosc sporo, bo ok. 9 zlotych, bez wzgledu czy w sklepie czy w knajpie. Za to mozna kupic oficjalnie podrobki markowych rzeczy – torebka Chloe czy Hermes za 200 pln... Paranoja. Chcielismy cos zjesc, ale ceny byly paranoiczne, bo nalozyli na nie podatek lotniskowy. Skonczylo sie na tym, ze kupilismy sobie pudelko paczkow z Dunkin Donuts i poszlismy do gateu, bo zblizal sie czas boardingu. Jak tylko przeszlismy (jednak) kontrole bagazu, to z glosnikow rozlegl sie komunikat, ze samolot bedzie opozniony o ponad godzine. Zalamalem sie. Naprawde puscily mi nerwy i sie poplakalem :) Bylem juz cholernie zmeczony, bo tak bardzo chcialem zebysmy stad juz uciekli, a tu nas uziemili. Kama mnie pocieszala, a mnie gryzly wyrzuty sumienia, bo ten urlop to moj pomysl. Ale co to za urlop... Paranoja. Jakos sie pozbieralem i w koncu udalo sie dotrwac do boardingu, ktory poszedl nad wyraz sprawnie, wrecz nie po indonezyjsku... Z plyty lotniska wsiedlismy do wysluzonego B737-300 i ruszylismy w 40-minutowy lot na Lombok.
Lecielismy chyba jednak dluzej, bo wyladowalismy dobrze po dwudziestej. Ogarnal mnie lekki stres, czy kierowca wyslany przez hotel na Gili bedzie jeszcze czekal. Na szczescie byl na miejscu. Droga do Bangsal, czylii miasta skad odplywaja lodzie, byla dluga i meczaca. Kierowca nie mowil po angielsku, a chcielismy zeby podkrecil temperature. Musial dzwonic do kogos, kto w tym jezyku mowil. Jechalismy i jechalismy i tym razem, nerwy zaczely puszczac Kamie. Zadziwiajace bylo, ze jechalismy pod gore i znowu dopadly mnie nerwy, gdy rzucila do mnie „czy on na pewno wie, gdzie ma jechac, skoro ciagle jedziemy do gory?” Na szczescie za chwile zaczelismy jechac w dol i ok. 23-ciej dotarlismy nad molo. Niestety nikogo tam nie bylo i ogarnal mnie niepokoj, ktory sie tylko poglebial, gdy kierowca co chwila nerwowo wybieral kolejne numery w swojej komorce i dosc wyraznie dawal do zrozumienia, ze jest problem. Na wszelki wypadek zostawilem w bagazniku nasze bagaze i bylem sklonny nawet zabrac mu kluczyki, gdyby probowal nas zostawic. Bylem zly na siiebie, bo jak zawsze drukuje wszelkie potwierdzenia rezerwacji, mapki, namiary, to akurat w tym przypadku nie mialem nic, poza adresem mailowym... W pewnym momencie podszedl do mnie kierowca i podal komorke. Uslyszalem, jak ktos lamana angielszczyzna mowi mniej wiecej w te slowa „drogi przyjacielu... przepraszam... ale jest juz tak pozno...” i myslalem, ze jak stoje, tak sie przewroce. Katem oka widzialem, jak Kama drzemie na stole i sluchalem dalej – „...jest juz tak pozno, przepraszam za opozonienie, ale lodz juz plynie”. Poczulem sie jak nowo narodzony. Co prawda lodz nie plynela, ale przyszli za to jej „operatorzy”. Zaladowali nasze bagaze, zatankowali i ruszyslismy. Plynelismy dosc szybko, dziub motorowki uniosl sie wysoko i rozbijalismy fale zostawiajac za soba spory kilwater. Lodz prula wode z taka sila, ze po dotarciu na wyspe mialem mokra koszule.
Dobilismy ok. polnocy. Nasz osrodek znajduje sie w centralnej czesci nabrzeza, wiec powinnismy spodziewac sie sporego ruchu. W knajpie obok trwala zabawa i leciala dosc glosno muzyka. Poza tym niewiele sie dzialo. Recepcjonista odproadzil nas do naszego domku i w koncu, po calym dniu podrozy moglismy odpoczac. Cala ta wyprawa nie bylaby taka zla, gdyby nie to, ze trzeba tracic tyle czasu i sil na przemieszczanie sie.
Na szczescie nasze nowe lokum moze wynagrodzic nam trudy dotychczasowej podrozy. Jest bardzo ladnie. Mimo, ze nie ma widoku na morze, ale domki mieszcza sie w malym ogrodzie. Mamy ganek z fotelami, w srodku wielgachne wygodne lozko, normalne poduszki, jest przyjemne oswietlenie a najlepsza jest chyba lazienka, do ktorej sie wchodzi, a raczej wychodzi, bo jest na otwartym powietrzu. Bardzo fajnie jest brac prysznic, gdy przyswieca ci ksiezyc :) Niewiele to poprawilo nasze nastroje, ale byla szansa na poprawe. Przynajmniej czysci i spokojni kladlismy sie spac. Muzyka z baru obok troche ucichla, ale i tak Kama usnela, jak tylko przylozyla glowe do poduszki.
Wyszlismy obronna reka z Probolinggo, o ktorym naczytalismy sie wiele zlego. Teraz, gdy mamy to za soba, to moge to napisac. Wczesniej nie chcialem stresowac naszych rodzin :) Ale dworzec w tej miejscowosci ma bardzo zla reputacje, mozna stracic kupe kasy i jeszcze nie trafic do wlasciwego busa, mozna stracic tez bagaze. Duzo bardziej doswiadczonym podroznikom przytrafialy sie tam przykre rzeczy. My pokonalismy tutejsza „autobusowa mafie”. Gasilem swiatlo ze swiadomoscia, ze przez najblizsze pare dni nie musimy nigdzie jechac, ze mozemy sobie spokojnie spac i odpoczywac.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





























